szpitalne pobyty
3 hospitalizacje i każda inna
2013r r guz piersi
Gdyby nie mama nie zgodziłabym się, nie wiem czy to kwestia stanu psychicznego złego, tego że nigdy nie byłam w szpitalu czy to kwestia tego że jednak to guz piersi, a może wszystkie trzy na raz? dziś nie żałuje i jestem wdzięczna mamie za to. Wtedy jednak byłam za opcją którą o której wspominała babka robiącą usg - biopsja pierw. Historia nowotworowa babci sprawiła zapewne że od razu po zobaczeniu wyników lekarz zapytał się czy się zgadzam na zabieg. Wybór szpitala był oczywisty ze względu na to że było to miejsce z którego byłam kierowana poza tym ciocia pracująca nie była bez znaczenia. Panicznie się jednak bałam zwłaszcza narkozy. I mimo iż była rozmowa że przeprowadzą zabieg w znieczuleniu miejscowym to pytanie anestezjologa co to jest velaxin zwiastowało że moje leczenie antydepresyjne będzie miało wpływ na wybór sposobu znieczulenia. Nie pomyliłam się. Narkoza. A po niej wymioty. Już nie wspomnę o tym że nie umiem się załatwiać pod siebie i po zabiegu mimo leków moczopędnych na nic się zdał basen, głowa wygrywała. Spionizowana i zaprowadzona do toalety od razu. Natomiast śmieszyła mnie tabletka na przeczyszczenie którą dostałam, jestem na takie rzeczy odpororna. Formularza zgody się nie bałam, jedynie powikłania podczas narkozy w związku z lekami antydepresyjnymi. Lęk sorawił że odciełam się od wszystkich, chciałam to przeżyć po swojemu - zgodnie z mechanizmem obronnym sama we własnej skorupie tłumiąc uczucia. Ciocię tylko poprosiłam by mnie zawiozła. I dobrze. Bo mimo planowanego przyjęcia na górze zostałam przez lekarza dyżurnego odesłana ze skierowaniem od niego na izbę do zarejestrowania go i ciotka jako pracownik wieloletni poprowadziła mnie szybszą drogą przez szpital. Ale szybko ją potem wygoniłam. Nie ptrzebowałam nikogo. Po obudzeniu się natomiast było mi zbyt niedobrze i byłam jeszcze zbyt oszołomiona a następnego dnia i tak wychodziłam do domu. Ciocia rano wpadła z ładowarką a potem przed wyjściem do domu. Gosia mnie odebrała mimo że chciałam Marcina. I tkwiła ze mną czekając na zakończenie zebrania i wypis. Dziewczyny miały trochę kwasu że nie chciałam odwiedzin ale w tamtym czasie tak czułam. Pierwszy dzień pobytu był spokojny zresztą, tylko do wieczora bolała mnie już trochę głowa, ale sala super z miłymi osobami. Na pooperacyjnej pobyt pamiętam jak przez mgłę, niewygodnie tylko z elektrodami moniturącymi i podpiętą kroplówką. Na noc przewieziona na salę ale dokoptowana do izolatki i cierpiącej kobiety, to plus welfoln na jednej ręcę a plaster na drugiej (szczęście odpięta od kardiomonitora) i niemożliwość spania na boku sprawiło że noc była ciężka. A następnego dnia rwałam się do domu.
2021r szyja
Dość długo rehabilitowałam rękę ale czułam pogorszający się stan, już z ćwiczeń czynnych w odciążeniu przeszłam na bierne. Pech chciał że w czasie kiedy miałam termin do ortopedy wybuchła pandemia. Już teraz nie pamiętam czy przesuwali mi wyzytę u ortopedy czy dopiero rezonans a może oba. Jedyny raz kiedy trafił się tak fajny technik który przed wyjściem powiedział mi co zobaczył. Ortopeda skierował mnie do neurichirurga, Wtedy zrozumiałam że sprawa jest poważna. A neurochirurg na operację. Skierowaniem krórym w owym czasie mogłam się podetrzeć. Bardzo nie chciałam być operowana w tym czasie, obawiałam się być sama w razie powikłań. Początkowo nie miałam w głowie że będę poza warszawą. A jednak. Doszło do tego że ból był tak silny że mimo leków nie byłam w stanie kilka nocy pod rząd spać, chciałam wzywać pogotowie ale raz że nie chciałam stawiać domu na nogach a dwa że bałam się że dadzą mi tylko coś na ból albo ratownicy albo sor i nici z ewentualnego przyśpiesoznego zabiegu. Gdy cudownym trafem trafiłam pod opiekę dr Pałki ((tym razem na wizycie byłam przerażona czy wyrazi zgodę na zabieg) byłam tak zdesperowana że było mi wszystko jedno czy zdechnę, będę sparaliżowana czy wyjdę z tego z nowym życiem. Tym razem kontakt z racji odległości ale przede wszystkim izolacji był ograniczony do telefonu. Zawiozła mnie ciocia basia jako że bałam się i pkp nie zdążę się pojawić na czas ale nie chciałam by mnie ktoś odbierał. Raz że nie wiadomo było kiedy mnie wypiszą i nie chciałam ani czekać ani aby ktoś na mnie czekał a dwa że miałam obawy co będzie po wyjściu a ponieważ do łodzi kawałek chciałam jeszcze dobę pozostać na miejscu, zwłaszcza że szczęśliwym trafem zwolniło się miejsce u pani doroty gdzie zawsze się zatrzymuje. Poza tym nie uważałam bym potrzebowała pomcy bo to wcale nie jest daleko. Tym razem pobyt czterodniowy, anestezjolog pytał o poprzednie znieczulenia i powikłania wobec czego po wybudzeniu (niestety a może i stety na normalnej sali [bez monitoringu oszołomiona, z pełnym pęcherzem i zakrwawiona wstałam od razu nie wiedząc ani nie zastanawiając się czy mi wolno] za to bez pikającej aparatury jedynie z kroplówką) czułam się doskonale. Badania neurologiczne wyszły jak najbardziej w porządku. Jedynie oczywiście byłam dość długo senna. Szkoda tylko że kołnierz który miałam był przez szpital użyczony na czas po zabiegu i niedługo póżniej pojawiła się kobieta z kołnierzem dopasować do mnie kołnierz do mnie za który musiałam grosze (coś koło 7 ) dopłacić. Szkoda tylko ze nikt z personelu do mnie z nią albo i przed jej wizytą do mnie nie przyszedł wyjaśnić. A gdybym nie miała kasy. Okresu dostałam dzień przez zabiegiem. siedziałam cicho. anestezjologowi powiedziałam że to się stało w nocy i nie miałam komu zgłosić, aga dostarczyła mi na szczęscie paczkę z podpaskami bo to co awaryjnie zabrałam to było mało. Jedyny moment poważnego stresu był w momencie gdy czytałam formularz. Dopiero wtedy tak naprawdę dotarło do mnie że sytuacja jest poważna. Stres lekki oczywiście był, ale nadzieja związana z rezulatem (brak bólu) przeogromna. Lekarz cudowny, kobiety na sali też. Niestety pielęgniarki nie, salowa jedynie cudowna, zostawiłam jej ciasto które mi dała ciocia basia a którego nie zjadłam. Niestety po operacji miałam pocharatane gardło tak bardzo i obolałe że pić piłam normalnie natomoast jedzenie żulam dokładnie i powoli, jadłam też dużo mniej niż bym mogła. Neurochirurgia ale mimo wszystko łóżko niewygodne. Dobrze że miałam kocyk, taboret i miejsce przy oknie wiec czego zmieniaam miejsce. Niestety głęboka pandemia i zamknięcie na oddziale, nie było gdzie spaceorwać. Na sali mimi listipada zimnego bardzo ciepło. Dziwne było uczucie gdy mnie w samej małowyjściowej koszulce w łóżku wieźli na blok. A welflon w zgięciu łokcia to zło, żałuje że nie zgodziłam się zby mi założyli na lewej chorej ręcę, ani pisać ani jeść sztućcami ani normalnie spać.
maj 2025r grenadierów żelazo,
Oj, jak ja nie chciałam tego pobytu, bałam się tym razem czysto realnie powikłań zwłaszcza że nie reagowałam na tabletki. Wynudziłam się strasznie, wyleżałam tak samo niestety. Agę podałam do kontaku mówiąc że to siostra wiedząc że mama jest uwięziona z psem i to ona zgodziła się monitorować moją sytuację. Już piewszego dnia potrzebna była interwencja i dostarczenie mi jedzenia. Jedynego resztą jakie jeszcze udało mi się w siebie wcisnąć. Na obiad była ryba. Zupa też niespecjalna. Przywiozła nagetsy. Zabrala mnie na spacer. Niestety jej wizyta przerwana została brutalnie przez moją biegunkę, potem było już tylko gorzej. Początek sympatyczny, młode adeptki pielęgniarstwa przeprowadziły ze mną wywiad, sprawdziły wagę i ciśnienie, pozwoliłam nawet aby spróbowały założyć welflon - wiem że mam dobre żyły. Żelazo to zweryikowało. Pomna pobytu w łodzi powiedziałam że mogą wszędzie mi się wkuwać byle nie w zgięciu łokcia. Adeptką się nie udało. pierszy plaster na nadgarstku, szefowa założyła na drugiej ręcę. Niestety drugiej kroplówki żyła nie wytrymała, wylew podskórny szybko zauważyłam i wezwałam pomoc. Wkuła się w przedramię. Ok, tylko ponieważ to prawa ręka na której spię bałam się długich włosów i poprosiłam o porządne zabezpieczenie na noc. W niedzielę przy zdejmowaniu pielęgniarka pluła że tak zaklejone. Powiedziałam że to na moją prośbę, bo się bardzo w nocy w nocy wiercę i bałam się że mi się wyrwie. Personel super, lekarzy za bardzo nie widziałam. Ordynator drugiego dnia miał nocny dyżur i to on mnie wypisywał. W porządku facet. Niestety spełniły się moje przeczcia, nie poszło gładko. Biegunka, ból brzucha, nudności. Leki nie pomagały. W sobotę wpadła ranata ale chipsy i colę (gupia, mówiłam że nic nie chce, że boli mnie brzuch) musiała zabrać, długo nie siedziała, bardzo źle się czułam. Drugiego dnia rozmawiałam z lekarzem na temat sensu trzeciej kroplówki, ostetecznie też uzgodniłam z ordynatorem że w niedzielę już nie bedą mi podawać. Jedyny pełny posiłek który zjadłam ti chałka którą w sobotę na deser nam podali, do rana ją skubałam. piłam wodę, ale mało jak na siebie, herbata była blee, i ratowałam się kubiąc herbatnki. W niedzielę zresztą to był mój jedyny posiłek. Dwa tygodnie dochodziłam do siebie żołądkowo-jelitowo. Sala mimo że dwuosobowa niestety wylądowałam na brzegu drzwi nie dało się aby były tylko przymknięte bo się otwierały na strzeż wobec czego albo klaustrofobicznie mała sala albo wszyscy przechodzący dalej mogli mnie oglądać a byłam na sali dość blisko dyżurki jako że miano mnie podczas kroplówek monitorować. najbardziej piwerszego dnia, szefowa zaglądała co chwila. Ale muszę przyznać że i drugiego dnia zadłaby abym wygodnie się położyła i abym miała pod ręką dzwonek. A gdy zawołałam pomoc i stwierdziłam że muszę do toalety pielęgniarka poczekała na mnie bez skrzywienia. Łóżko wygodne, niestety za cienka jak dla mnie kołdra. Trochę zmarzłam w nocy ale nie chciałam prosić o koc, dałam radę.
Komentarze
Prześlij komentarz